Recenzje

„Anywhere but here” Jason D. Morrow

“Anywhere but here” to pierwsza część serii “The Starborn Ascension” Jasona D. Morrow. Tu KILKAĆ: AMAZON po swoją darmową kopię kindlową (zaznaczam, że nie wiem jak długo będzie ona dostępna).

 

Mamy tu pierwszo-osobową narrację, naprzemiennie dwóch postaci:

Waverly, 17-latka. Kiedy ja poznajemy, zabijają jej chłopaka. Waverly odkrywa w sobie nadzwyczajny dar, kiedy dotknie czyjejś ręki, widzi przyszłość tej osoby. Tak było i tym razem, gdy złapała Lucasa za rękę na kilka minut przed jego śmiercią, ale nie mogła temu zapobiec. Czy rzeczywiście nic nie mogła z tym zrobić? To po co komuś taki bezużyteczny dar? Jak nad nim zapanować?

Remi, lat 22, chłopczyca, świetnie posługująca się każdą bronią. Remi posiada inny ciekawy dar: potrafi słyszeć na odległość. Wystarczy, że wie, w jakim miejscu znajdują się osoby, które są w pewnej odległości od niej, by słyszała wyraźnie każde słowo konwersacji.

Znajdujemy się w świecie, który 3 lata temu został opanowany przez zarazę zmieniającą ludzi w zombie. (Tutaj zawianymi greyskins.) Dziewczynom zagrażają nie tylko “greyskins”, ale również “raiders” – gangi napadające na ludzi, pozbawiające ich wszystkiego co cenne, a najczęściej od razu zabijające napotkanych nieszczęśników. Remi przyzwyczajona jest do podróżowania i walki w pojedynkę, ale jedyne, o czym marzy to by poczuć się wreszcie bezpiecznie wśród innych ludzi, którzy zapewnią jej opiekę. Remi i Lucas poznają po drodze sympatycznego Ethana oraz gburowatego Gilberta i przyłączają się do nich, a po śmierci Lucasa, Remi pozostaje z nimi.

Wszyscy oni mają ten sam cel: Crestwood – miasteczko, które posiada już niemal legendarną opinię. Otoczone murem i żołnierzami, rządzone przez Paxtona, zapewnia opiekę jego mieszkańcom i bierze pod swoje skrzydła wszystkich, którzy zwrócą się o protekcje.

W książce towarzyszymy Remi i grupce Waverly w ich podroży do mitycznego Crestwood, poznajemy lepiej każdą z postaci, kibicujemy im w walce z wrogami, obserwujemy ich przygody i porażki. Jest smutno, mrocznie i brudno (fuj! te obleśne greyskiny!). I mimo “małych” zwycięstw, wciąż jest pesymistycznie. Nic dziwnego. Dziewczyny straciły rodziny i przyjaciół, a świat opanowany jest przez zarazę. Tak naprawdę nie wiadomo, czy ludzkość w ogóle przeżyje.

 

 

Jak na pierwsze dłuższe spotkanie z Zombie to jestem zadowolona. Czyta się dość szybko, a na koniec zostaje chętka na więcej. Jakbym się miała czegoś przyczepić, to chyba tylko sceny z opisu pierwszych godzin rozpętania zarazy, w której giną rodzice Waverly. Jest tak banalna, że aż śmieszna. Ojciec krzyczy do córki przez telefon, kiedy zombie go zżerają (w sekundę po tym, jak podał jej szyfr do sejfu pełnego broni), a z matki została tylko krew, która spłynęła do piwnicy przez szparę pod drzwiami. W tej piwnicy oczywiście skrywa się córka i patrzy na czerwoną plamę 😀 Okej, to było żałosne, ale nie obawiajcie się, więcej takich marnych scen się nie doszukałam.

No i mieliście racje: chcę więcej 😉

 

 

Advertisements

10 thoughts on “„Anywhere but here” Jason D. Morrow

    1. Infekuje 😉 Dobrze, ze czytając nie można się tym zarazić 😉

      Dokładnie tak. Skierowana do starszej młodzieży, ale nie tylko 🙂 Ciekawa jestem drugiej części, ale na razie zabiorę się za innych autorów, żeby mieć tez jako takie rozeznanie, no i spojrzenie na temat z innych trochę stron.

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s