Recenzje

„The Luminaries” Eleanor Catton

Bardzo jestem zawiedziona, że nie dostrzegłam tego, co widzą w tej książce inni. I nie, nie będę zrzucać winy na to, że może mój angielski nie jest na tyle dobry, by wszystko dokładnie zrozumieć, (choć nie wykluczam, że może mieć to niejaki wpływ), bo wydaje mi się, że gdybym czytała tę powieść po polsku, to też bym się przy tym znudziła.

“The Luminaries” to książka podobno genialna, za którą autorka dostała Man Booker Price 2013. Eleanor Catton, ma zaledwie 28 lat, a to dopiero jej druga powieść. Ale za to bardzo obszerna (834 strony) i z dość skomplikowana fabuła oraz struktura nawiązującą do faz księżyca. Na pewno trzeba się nie licho napracować, żeby coś takiego stworzyć, więc tym bardziej jest mi żal, że nie potrafię tego w pełni docenić.

Książkę kupiłam już kilka miesięcy temu, ale musiała “dojrzeć” na półce, ze względu na swoją objętość i równie wielkie oczekiwania z mojej strony. Połasiłam się na szybsze zabranie się za nią, po przeczytaniu pięknej recenzji Olgi na Wielkim Buku. Ach, jak ja jej zazdrościłam, że nie dość, że przeczytała całą tę “cegłę” po angielsku, to jeszcze wszystko dokładnie zrozumiała. A ja, szczerze mówiąc, gdyby nie “ściąga” w postaci Olgowej recenzji, to w ogóle bym nie wiedziała na czym stoję :/

Przytłoczyła mnie mnogość postaci, z których żadna nie zagrzewa miejsca zbyt długo. Przez pierwsze strony przewijają się one w “chwilówkach”, pozostawiając strzępy informacji o sobie i o wydarzeniach. Co jednocześnie zapobiega przywiązaniu się do któregoś z nich, a co za tym idzie, nawiązaniu ciaśniejszej więzi z samą powieścią. A wiadomo, przy takiej więzi łatwiej utrzymać czytelnika w zainteresowaniu. Ale pani Catton nie zamierzała nam niczego ułatwiać. Nie będę wam pisać o fabule, bo jest ona pokrótce opisana na każdej stronie internetowej dotyczącej książki. A ja, skoro nie skończyłam, jakoś nie czuję się na silach (i prawach) do komentowania tego, czego nie poznałam do końca.

Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że… nie niestety, za dużo gadania. O wszystkim i o niczym. Oczywiście, te rozmowy miały na zadaniu przybliżenie nam krok po kroku wydarzenia ostatnich 2 tygodni w miasteczku Hokitika w Nowej Zelandii, ale mnie to niestety strasznie znudziło.

Dodatkowo, irytowała mnie sprawa języka. Choć na ogol bardzo piękny, zrazili mnie dwoma idiotycznymi słowami. Pierwsze to “whore”(dziwka, kurwa). Nie bulwersuje mnie samo słowo, tylko denerwuje, że było używane nawet po kilka razy na jednej stronie. Czy to narrator, czy któryś z bohaterów, mówili o biednej Annie “whore”. Ja rozumiem, że ma to niejako określać jej profesję, ale do cholery, czy nie ma innych słów? Skąd ta konsekwencja w używaniu właśnie tego jednego wulgarnego słówka, kiedy mamy cały wachlarz możliwości? Dla porównania, mamy inne słowo, równie często nadużywane, ale za to wykropkowane w środku (a właściwie wykreskowane ;)). To słowo to “d__n!”, tudzież “d__ned”, czyli, jak wierze, chodzi o zwykle “damned”, czyli “cholerny, przeklęty”, co przecież nie jest aż tak wielce obraźliwie, żeby to zaraz cenzurować. Możliwe, że miało to jakiś swój światły podtekst, może nawiązanie czy parodia do języka dziewiętnastego wieku, a ja tego po prostu nie dostrzegłam (znów!), gdyż na takowym się nie znam. I może ktoś inny czytając nawet nie zwróciłby na to uwagi, a tylko ja, jak ten tonący łapiący się czegokolwiek, by wypłynąć na powietrze, musiałam się czegoś “czepnąć”, więc znalazłam sobie te dwa słowa, żeby ponarzekać.

“Wszystko, co lśni” mnie zmęczyło. Naprawdę, bardzo chciałam przeczytać do końca, ale perspektywa męczenia grubaśnego tomu przez następne kilka dni przegrała z wizją czytania czegoś z setek innych pozycji oczekujących na półkach tych namacalnych i tych wirtualnych. Myślę jednak, że 200 stron, które z mozołem maglowałam przez długie godziny to wystarczające poświecenie przy książce, która do mnie nie trafiła. Miałam kilka momentów, kiedy już, już, zaczynało być ciekawiej, zatliła się we mnie iskierka nadziei, że oto już będzie lepiej, już to poczułam, zaczyna mnie wciągać. Jednak po chwili delikatna bańka podniecenia pękała, pryskając mi w twarz drobinkami na otrzeźwienie z chwilowego zamroczenia magią książki. I nie. Jednak to znów nie to L Jestem bardzo zawiedziona i jest mi przykro, jak to bywa przy niespełnionych nadziejach na świetną lekturę. Żałuję, że nie mogę wam polecić tej książki, ale zanim ktoś z was postanowi nie czytać jej z mojego powodu, proszę, przeczytajcie recenzję Olgi, albo jakaś inną pozytywną, żebyście mieli pełny obraz, czego oczekiwać. “The Luminaries” to ambitna lektura i nie chciałabym, żeby z mojego powodu coś was ominęło.

Advertisements

16 thoughts on “„The Luminaries” Eleanor Catton

  1. Straszna szkoda, ale może to w ogóle nie było to, czego się spodziewałaś… To określanie Annie jako dziwki ma duże znaczenie w całościowym kontekście (bo nikt w tej historii nie jest tym kim wydaje się być na początku), bohaterowie są stali, tylko ciągle się wymieniają i obracają między sobą (jak te znaki zodiaku), a damned z kropeczkami, to chyba również była forma stylizacji, ale wiadomo, że nie każdemu forma jaką wybrała Catton musi się podobać 🙂 ja takie łamigłówki literackie uwielbiam, bo ta powieść jest taką zagadką właśnie. I dała mi moc radości 🙂
    Dziękuję Kochana za wspominkę :-*

    Like

    1. Jak mówiłam, ja nawet nie kwestionuje, ze ona nie była dziwka.Tylko powtarzanie tego w co drugim zdaniu, kiedy przewija się jej temat uważam za monotonne i totalnie zbędne.

      Szkoda, ze nie miałam więcej cierpliwości, ale może kiedyś, za parę lat spróbuję do niej wrócić. Może wtedy porwie i lepiej ja zrozumiem.

      Like

  2. mam dość podobne wrażenia po Catton. przeczytałam całą – po polsku, nie wiem, czy w oryginale dałabym radę, bo nawet w ojczystym języku miałam problemy ze zrozumieniem niektórych słów 😉 dwieście stron to naprawdę niewiele, “Wszystko, co lśni” rozkręca się bardzo powoli, najbardziej byłam nią oczarowana jakoś w połowie, wtedy wszystko zaczynało układać się w jakąś całość, mogłam docenić książkę w nie tylko w aspektach fabularnych, ale też językowych (nie można odmówić Catton pięknego języka i posługiwania się słowem pisanym). doceniam stylizację, bohaterów, dopracowanie, książka jest naprawdę dobra, ale po przeczytaniu to jakoś tak… bez szału

    Like

  3. Nie czytałam książki i googluję sobie różne recenzje i chyba nigdy jej nie przeczytam, bo nawet te pozytywne mnie nie przekonują.
    Ale moje 5 groszy dodam ;). Słuchałam kiedyś audiobooka Patrica DeWitt’a “Bracia Sisters”. Rzecz dzieje się w Stanach w XIX wieku i też słówko “kurwa” jako określenie profesji bardzo mnie kłuło w uszy. Z tego co czytałam Cotton stylizuje język na wiek XIX, przypuszam więc, że może nie było innych określeń na prostytutki więc trzymała się tego słowa. Co do “damned”, to może chodzi o to, że odnosi się do sfery sacrum, “bądź przeklęty” (w domyśle przez Boga) dlatego jest wykropkowany – “nie będziesz brał imienia Pana Boga naderemno”. Tu nie o imię Boga chodzi, ale zasada podobna.

    Like

  4. Zachwyciła mnie ta powieść! Nie mogę się od niej oderwać, i jestem niesamowicie szczęśliwa, że dzisiaj odwołano mi zajęcia na uniwerku, bo od rana mogę czytać – zostało mi jeszcze niecałe 150 stron.
    Moim zdaniem, każda książka musi trafić w odpowiedni czas w naszym życiu. Ja tak miałam z jedną z powieści Marqueza. Przeczytałam ją, gdy byłam nieszczęśliwa, rozżalona, chora i…zupełnie mi się nie podobała. Wróciłam do niej kilka lat później na innym etapie życia i byłam zachwycona. Dlatego też teraz jeszcze raz czytam klasykę. Większość “klasyków” przeczytałam pod koniec liceum i po jego skonczeniu, gdy z powodu choroby rok siedzialam w domu zanim podeszlam do matury i poszłam na studia. Teraz chcę zobaczyć jak zmieniła się moja perspektywa przez tych dobrych kilka lat, gdy z dziecka stałam się kobietą. Może po prostu powieść “Wszystko, co lśni” nie trafiła w dobry czas. Albo po prostu lubisz inny typ książek, co jest piękne, bo gdyby wszystkim podobało się to samo świat bylby koszmarnie nudny 😀

    Like

    1. Dlatego ta książka nie powędruje na stos do oddania, bo mam zamiar zmierzyć się z nią znów, za jakiś czas. Wiesz, aż Ci trochę zazdroszczę, ze tak Ci się podoba. Tyle sobie po niej obiecywałam, a tu klops 😉

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s