Recenzje

„Zaginiona księga z Salem” Katherine Howe

To, że w coś się nie wierzy, nie oznacza, że to coś nie istnieje.

Pamiętacie Tydzień Czarownic na Wielkim Buku? Zainteresowała mnie wtedy między innymi książka “Zaginiona księga z Salem” Katherine Howe i przy ostatniej wyprawie do Polski Olga pożyczyła mi swój egzemplarz. Dziękuję :* Koniecznie przeczytajcie również recenzję Olgi, bo mamy trochę inne spojrzenia, a to zawsze warto skonfrontować J Fakt ten wykorzystałam w czasie Bookathonu (czytaj tu i tu), podciągając ten tytuł pod wyzwanie: Książka wybrana przez kogoś dla Ciebie.

Katherine Howe jest doktorantka na wydziale historii Ameryki i prowadzi seminaria z zakresu magii i czarów w dawnych wiekach. Jest również potomkinią Elisabeth Howe i Elisabeth Proctor, które w 1692, w Salem, zostały oskarżone w procesach o czary.* Tym bardziej miałam ochotę na tę książkę!

“Zaginiona księga z Salem” została wydana przez wydawnictwo Niebieska Studnia, o którym, głupio przyznać, ale nie miałam pojęcia. Dopiero, gdy weszłam na ich stronę, okazało się, że od ponad roku, na mojej półce czeka jedna z wydanych przez nich powieści Palahniuka, czyli “Rant” J

W czasie czytania miałam bardzo mieszane uczucia, co do “Księgi…”; z jednej strony podobała mi się, wciągała historią, a z drugiej zauważyłam sporo niedociągnięć, rzeczy, które mnie irytowały, co niestety, trochę psuło ogólny odbiór.

Connie, podobnie jak autorka jest doktorantka na wydziale historii Ameryki. Prestiżowy Harward daje dobry start, ale też wiele wymaga od swoich studentów. Pod okiem promotora, trochę ekscentrycznego profesora Chiltona, Connie prowadzi badania dotyczące zaginionej księgi przepisów. Pierwszą mini informacje o właścicielce przepisów, dziewczyna znalazła w domku swojej babci i jak przystało na historyka – nie potrafiła przejść obok tropu obojętnie. Promotor węszy w tym dla siebie jakieś profity, jednak jeszcze nie do końca wiadomo, jakie. Connie dokopuje się do dowodów, ze Delivery Dane, właścicielka, a prawdopodobnie i twórczyni zbioru przepisów była czarownicą, którą zgładzono wraz kilkoma innymi kobietami w procesie z Salem z 1692 roku. Powieść staje się jeszcze ciekawsza, gdy okazuje się, że dziewczyna, w opuszczonym od lat, zapyziałym domku babci odnajduje w sobie dziwne zdolności…

Przeciętna czarownica była kobietą w średnim wieku, wyobcowaną ze społeczności z powodu ubóstwa, albo braku rodziny, a przez to pozbawioną władzy społecznej i politycznej.

Co mnie drażniło:

– Connie opowiadała tak jakby czytała monotonny referat, zabrakło mi tu serca, była tylko informacja; rzetelna, ale pozbawiona pasji poszukiwacza.

– Wydarzenia schematyczne, dialogi proste, a rozmowy o śmierci banalne – zdecydowanie zbyt niedojrzałe jak na książkę napisaną przez doktorantkę.

– Język, jakim posługiwali się bohaterowie fragmentów wydarzeń z siedemnastego wieku jest według mnie mało autentyczny. Mamy jakby zwykłe współczesne dialogi plus nagle do nich, ni z gruszki, ni z pietruszki powstawiane zostały archaiczne słowa jak: zaiste, dobrodziejko, czy byle rychło. Jest to sztuczne, niekonsekwentne. Pytanie: czy to wina autorki, czy raczej tłumacza?

(…) powszechnie, w siedemnastym wieku czary były bardziej wyimaginowanym zagrożeniem niż rzeczywistą praktyką. Po drugie, pastorzy potępiali je uznając za profanację idei chrześcijańskich, ponieważ te wszystkie zamawiania i gusła zostały zapożyczone z przedreformacyjnego katolicyzmu. Co więcej, stosowanie czarów przypisywano ludziom, zwłaszcza kobietom, chcącym zgromadzić w swoich rękach zbyt wielka władze, podczas gdy purytańscy teologowie uważali, ze władza powinna nalezec jedynie do Boga.

Plusy:

– Czarownice!!!

– Dom babci – zagrzebany w zieleninie, pod głęboką warstwą kurzu, bez elektryczności i telefonu – chcę tam być!

– Fabuła jest dość interesująca, choć przewidywalna, czyta się całkiem przyjemnie.

– Skoki w czasie: mamy współczesność przeplataną wiekiem XVII wraz z relacją z procesu czarownic. Krok po kroku odkrywamy, co się działo – jest to ładnie wyważone i wplecione w całość.

– Ciekawostki historyczne – powieść jest nimi usiana! Lubię to J

– I najlepsze zostawiłam na koniec: grzebanie w archiwach, starych spisach kościelnych, bibliotekach. Mniam! Uwielbiam taplanie się w kurzu przeszłości. Katherine Howe pięknie pokazała, na czym miedzy innymi polega praca historyka J

Średniowieczna czarownica w drodze na sabat rozbierała się do naga. (…) Potem nacierała gołe ciało smarowidłem dającym moc latania, okrakiem dosiadała miotły, koniecznie ustawionej wiechciem słomy naprzód, bo tam było miejsce na świeczkę, żeby widzieć cokolwiek, kiedy lecisz w ciemnościach. Wreszcie, wypowiadała zaklęcie i wylatywała przez komin.

Jeśli uważasz, ze wymienione przeze mnie “usterki” nie będą Ci przeszkadzać, a lubisz historię i masz słabość do czarownic tak jak ja, to koniecznie przeczytaj tę książkę. “Zaginiona księga z Salem” Katherine Howe ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów i ja się przy niej dobrze bawiłam.


To naprawdę wielka pycha twierdzić, że zawsze powinniśmy umieć wszystko wyjaśnić.

*Info z okładki

*Wszystkie cytaty pochodzą z “Zaginiona księga Salem” K. Howe

Advertisements

11 thoughts on “„Zaginiona księga z Salem” Katherine Howe

  1. Lubię takie klimaty. Szczególnie te grzebanie w przeszłości, stare księgi, akcja dziejąca się w bibliotece uniwersyteckiej itp. A do tego trochę magii. Może kiedyś się skuszę pomimo tych minusów:)

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s