Recenzje

„Birds Without Wings” Loius de Bernières

Minął rok odkąd przeczytałam swoją pierwszą książkę Louisa de Bernières. Właściwie nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z następną, bo Wojna o czułe miejsca don Emmauela zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Przez ten czas, zamiast czytać kolejne jego książki, tylko je kolekcjonowałam (dobiłam sześciu ;)).


Dopiero, kiedy przyjaciółka, po obejrzeniu mojej biblioteczki (TU DO WGLĄDU) zażyczyła sobie pożyczki Birds Without Wings, zmusiło mnie to do czytania. Bo niestety, te książki, które wyjeżdżają do Polski, najczęściej już nie wracają na moją biblioteczkę, bo szkoda mi miejsca w walizce, w której przecież mogłabym zmieścić coś nowego.

There comes a point in life where each one of us who survives begins to feel like a ghost that has forgotten to die at the right time, and certainly most of us were more amusing when we were young. It seems that age folds the heart in on itself. Some of us walk detached, dreaming on the past, and some of us realise that we have lost the trick of standing in the sun. For many of us the thought of the future is a cause for irritation rather than optimism, as if we have had enough of new things, and wish only for the long sleep that rounds the edges of our lives. I feel this weariness myself.

Tak jak The War of Don Emmanuel’s Nether Parts bardzo mi się podobało, tak z Birds Without Wings miałam mały problem. Nie, żeby książka była mało interesująca, czy źle napisana, ale jak na mój gust niestety, przydługa.

Już wyjaśniam. Lubię czytać grubaski, ale tylko wtedy, kiedy ich treść jest naprawdę zajmująca. Jak na przykład Okularnik K. Bondy, który mimo ponad 800 stron, ani trochę mi się nie dłużył. W przypadku Ptaków bez skrzydeł to się nie udało. 625 stron, a prawie połowa z tego to historia i polityka. Zwykle lubię zagadnienia historyczne, ale to zależy jak podane i jakiego kraju dotyczy. Tu był miszmasz turecko-grecki z kilkoma innymi nawiązaniami i był tak obszernie (jak na mój gust, oczywiście) opisany, że zwyczajnie mnie nudził. Sprawy polityczne mało mnie kręcą, toteż wstawki, co się działo w Imperium Osmańskim na przełomie XIX i XX wieku jakoś mnie nie ruszały. No i jeszcze wojaczka. Kurczę, no, kilka scen walki jest okej, przebrnę nawet trochę życia w okopach, ale tu było tego zdecydowanie za dużo. Zdarzało się, że omijałam całe strony, nie widząc nadziei na zainteresowanie mnie tematem.

Jeśli by pominąć przynajmniej połowę takich scen książkę oceniłabym bardzo wysoko, bo jest to też świetna obyczajówka, z ciekawymi postaciami. To opowieść o wielkiej przyjaźni, miłości, poświeceniu, ale też pogardy czy niesprawiedliwości. Opis życia wielonarodowego miasteczka Eskibahce, zderzenie kultur i religii. Słowo o tolerancji i poszanowaniu zasad. Całość jest dość obiektywnie przedstawiona, bo pokazuje zarówno plusy, jak i minusy życia w wielowyznaniowym społeczeństwie. Te fragmenty czyta się naprawdę cudownie, więc niech Was nie zrażą moje narzekania na historię i politykę 😉

I have to say, though, that in my opinion this business about babies being ugly or pretty, or just like their father or their aunt, is a very tiresome fabrication of the deluded. All babies look the same, and to me this particular one appeared to be a very babylike baby. I have had children of my own, and I cannot remember what any of them looked like when they first emerged into the light, except that they all looked like babies, and like nothing else and nobody else at all.

Narracja przeplata się miedzy kilkoma bohaterami: piękną Philothei, Karatavukiem – chłopcem ptakiem, czy Lylą zwaną The Barren (jałową, bezpłodną). Daje to ciekawe punkt widzenia z różnych pozycji, w ten sposób autor nakreślał opinie, pokazując zagadnienia z innych stron. Moimi ulubionymi były relacje dwóch wymienionych kobiet, ale to mężczyźni wykazywali się większym poczuciem humoru w swoich relacjach. Tu znów przeplata się tragedia z komedią, którą to stronę Louisa de Bernieres zdążyłam poznać wcześniej, a która cenie u niego najbardziej.

The first stone was flung half-heartedly, almost humorously, and fell at her feet. She looked down at it and smiled. The second stone was thrown more boldly, and struck her upon the thigh. The third stone flew past her head and glanced off the trunk of one of the planes. A buzz of animal noises began to stir in the crowd, and an ugliness spiralled up in it, the evil that emanates as if from nowhere when people are permitted to act basely in a righteous cause. Women whose hearts would normally be brimming with concern and tenderness picked up stones and began to shriek as they hurled them. Children whose parents beat them for throwing stones at dogs fought each other for stones to throw at a young woman. Men for whom it was beneath their dignity to strike a woman picked up stones and bayed like hounds. Faces that were habitually calm and beneficent began to contort with gleeful cruelty, and steadily a malevolent barbarism rose up and began to feed upon itself. It was satisfying, in any case, for those lowly folk to have the opportunity to destroy a spoiled and perfumed darling from a higher walk of life.


A cough alerted Ayse to the fact that Polyxeni’s ancient great-grandfather, Socrates, was propped in the darkness of the corner, as ever, completely indestructible, but capable of only one train of thought. “Watch out,” warned Polyxeni, sotto voce, “the old dog’s about to do his speech again.”

“I’m ninety-four, you know,” he said, his voice cracked and wavering, his agued fingers working at his prayer beads.

Ayse approached him and kissed his cold and papery hand respectfully. “Ah, Grandfather! Ninety-four years old! It’s remarkable!”

“I’ve got twelve children.”

“Oh, Grandfather Socrates, it’s remarkable!”

“And I’ve got sixty grandchildren.”

“You don’t say! It’s remarkable!”

“And I’ve got one hundred and twenty great-grandchildren.”

“Oh, Grandfather!”

“And I’ve even got twenty great-great-grandchildren.”

Polyxeni nudged Ayse, smiling, and whispering, “Here it comes!” and the ancient man leaned forward, saying, “And you know what?”

“No, Grandfather,” replied Ayse dutifully.

The old gentleman smiled seraphically, wagged his shoulders, and said, “They’re all shit.”

P.S. Wpis słownikowy do książki pojawi się niedługo.

Advertisements

4 thoughts on “„Birds Without Wings” Loius de Bernières

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s