John Irving · Prywatnie · Recenzje

“Regulamin tłoczni win” John Irving

Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że Irving miłością mą od zawsze. (Albo przynajmniej od 15 lat ;)) Ale jak wiadomo, gusta się zmieniają, to co podobało mi się kiedyś niekoniecznie musi mnie fascynować obecnie. Moją miłość do autora wszechczasów postanowiłam zweryfikować na podstawie jednej z jego głośniejszych książek. Mowa oczywiście o “Regulaminie tłoczni win”.


Powieść czytałam w pierwszych latach studiów w Toruniu, czyli miałam wtedy około 20 lat. To była druga, (albo trzecia, nie mam pewności, bo wtedy nie było goodreads ;)) z poznanych przez mnie książek mistrza i z miejsca się w niej zakochałam. Nie każdemu jednak musi odpowiadać styl pisarza. Przykładowo, moja Siostra, której bardzo podobał się “Świat według Garpa”, czy “Hotel New Hampshire”, nie potrafiła przejść przez “Regulamin tłoczni win”. Kilku moich znajomych nałogowych czytaczy również stwierdziło, że Irving nie jest dla nich (niekoniecznie na podstawie “Regulaminu…”), nie podoba im się styl, a może tematyka? I to jest okej, przecież nie wszyscy musimy lubić to samo, a ja się wcale nie obrażam i jakoś do dzisiaj nie zerwałam z nimi kontaktów z tego powodu 😉

Najbardziej pamiętam zachwyt samą opowieścią. Bo John Irving potrafi je snuć po mistrzowsku. Nie wiem, jak on to robi, ale ja jeszcze długo, długo po lekturze pamiętam szczegóły i zawiłości fabuły.


St. Cloud’s to niewielka mieścina w Stanie Maine (tam dzieją się prawie wszystkie powieści Irvinga). Właściwie nic tam nie ma poza tartakiem, stacją kolejową, na której motorniczy, złośliwie, często “zapomina” się zatrzymać, oraz sierocińcem. No właśnie, sierociniec. To dlatego, motorniczy, zawiadowca stacji i wiele innych osób ma w poważaniu pasażerów, a raczej pasażerki, które się do niego wybierają, tudzież z niego wracają. Bo do St. Clouds można się udać w dwóch celach: przyjeżdżają tu kobiety w zaawansowanej ciąży, żeby urodzić i zostawić dziecko na miejscu, albo te w niezaawansowanej. Również, żeby się go pozbyć. Z rzadka tylko pojawi się para, w celu adopcyjnym, a to już jest nie lada wydarzenie.

Homera Wells’a oddano do adopcji kilka razy. Za każdym razem nieskutecznie. Bo:

– albo był zbyt cichy, (więc “na pewno coś z nim nie tak”),

– albo bez przerwy wrzeszczał, (bo nowi “rodzice go bili”),

– albo nie chciał uczestniczyć w pewnej niecnej zabawie zwanej “dymanie”,

– albo rodzice adopcyjni, którzy uwielbiali ekstremalne sporty zginęli, zostawiając malca, by radził sobie sam.

Tak, miejsce Homera Wells’a było w St Clouds. To już postanowione. Doktor Wilbur Larch, dyrektor sierocińca i szpitala zawsze powtarzał chłopcu, żeby starał się być użyteczny. Więc Homer był użyteczny. Zajmował się młodszymi dziećmi, czytał im na dobranoc “Wielkie nadzieje” Charlesa Dickensa (chłopcy) i “Jane Eyre” Charlotte Brontë (dziewczynki), pomagał w szpitalu. Wkrótce okazało się, że chłopak ma smykałkę do medycyny. W wieku 20 lat, choć nie miał nawet matury, stał się wykwalifikowanym położnym. Konsekwentnie jednak odmawiał wykonywania zabiegu aborcji, a Larch, żadnym sposobem nie potrafił przekonać go o niezbędności wyspecjalizowanych fachowców w tym zakresie.

Towarzysząc Homerowi w jego drodze życia obserwujemy rytm sierocińca i szpitala. Sam Homer początkowo jest tylko obserwatorem, chłonie wszystko, co widzi i słyszy z pewną zachłannością, ale i spokojem. Jakby to wszystko musiało się dziać, a on nie miał na nic wpływu. Komentatorem za to postanawia zostać doktor Larch. Ten uzależniony od eteru lekarz okazuje się też całkiem sprawnym pisarzem, który prowadzi kronikę wszystkiego, co się dzieje w tym niewielkim zakątku stanu Maine. Jego ojcowskie “U nas w St. Cloud’s…” i “Dobrej nocy Książęta Maine! Dobrej nocy, Królowie Nowej Anglii!” będzie Wam dotrzymywać towarzystwa jeszcze długo po lekturze.

Okrucieństwo jest rzeczą niewybaczalną, a jednak w sierocińcu, śmiem twierdzić, powinno się hamować miłość; jeśli się bowiem nie hamuje miłości w sierocińcu, żadna sierota nie chce stamtąd odejść z własnej woli. Powstanie nowy typ sieroty: Homer Wells – sierota doskonała, której jedynym domem pozostaje na zawsze St. Cloud’s. Przebacz mi, Boże (lub ktokolwiek inny). Stworzyłem sierotę: nazywa się Homer Wells; jego miejsce jest na zawsze w St. Cloud’s.

Homer nigdy nie wyjeżdżał za daleko od sierocińca. Bo ani nie było potrzeby, ani funduszy na takie widzimisię. Nawet go nie ciągnęło, aż do dnia, gdy był już dorosły, a w St.Cloud’s pojawili się Candy i Wally. Oczarowali wszystkich olśniewająca urodą własną, pięknym samochodem i… słoikami z miodem i dżemem. To była szybka decyzja. Już następnego dnia Homer spakował te kilka rzeczy, które posiadał na własność (plus książki, które do niego nie należały) i wyjechał razem z czarującą parą do Sadu z Widokiem na Morze, zostawiając sobie kilka mocno zawiedzionych osób.

Homer Wells, lat 21, wdychał opary gorącej herbaty i cierpliwie czekał na rozpoczęcie swojego życia.

Więcej Wam nie opowiem, choć bardzo bym chciała. Co wydarzyło się dalej? Kim jest Melony? Co spotkało córkę pana Rose? Co się stało z Candy i Wallym, oraz jak potoczyły się losy Homera Wellsa? Tego wszystkiego dowiecie się oczywiście z tej genialnej powieści Johna Irvinga, który sprawi, że lekko schizofrenicznie będziecie się śmiać i płakać podczas czytania tej samej strony.

Możecie mieć pewność, że tak łatwo o tej książce nie zapomnicie. Nie pozwolą na to wspaniale wykreowane postacie. Każda idealnie dopracowana, charakterystyczna i jakby żywa. Choć czasem mogą się wydać lekko odrealnione, ja nie mam wątpliwości, że kiedyś mógł istnieć taki Homer, Wilbur, czy Melony.

Jednak najważniejszym tematem poruszanym w “Regulaminie tłoczni win” na pewno jest aborcja. Tak, temat na czasie, choć książka sprzed ponad trzydziestu lat. Irving przedstawia zagadnienie z każdej możliwej strony, zgłębiając nie tylko problematykę moralności, ale naświetlając również aspekt techniczno-medyczny. Czytelnik, niezależnie od tego, jakie ma poglądy dotyczące aborcji powinien przeczytać te książkę, żeby mieć pełen obraz na sprawę. To jest nadal aktualne.


Chciałam Wam napisać również o nagrodzonej ekranizacji książki “Wbrew regułom”. Pozwolicie jednak, że zatrzymam to na inną notkę, po tym, jak skonsultuję moje uwagi i odczucia z jedyną książką Irvinga, której jeszcze nie przeczytałam. “My Movie Business. A Memoir”, (czyli w wersji polskiej “Moje filmowe perypetie”). Książka już na mnie czeka, a ja teraz jeszcze tylko szukam okazji, żeby się w nią zgłębić.

Tymczasem mocno polecam lekturę “Regulaminu tłoczni win”. Proszę jednak, nie oglądajcie filmu zanim przeczytacie książkę, bo jest zupełnie inny! Tym, co lubią słuchać uszami proponuję wersję audio, wydaną również przez Prószyński i S-ka we współpracy z Biblioteką Akustyczną. Ja wygrałam mój egzemplarz (już prawie wieki temu ;)) u Kota Nakręcacza. Dziękuję jeszcze raz! Przyznam, że trochę obawiałam się książki mówionej. Przede wszystkim, dlatego, że nie chciałam, aby ktoś mi tę ulubioną powieść popsuł. Nie ma nic gorszego niż słuchanie ukochanego autora czytanego przez kiepskiego lektora. Albo zwyczajnie takiego, którego głos nam nie odpowiada. Na szczęście, nic takiego się nie stało. Marcin Popczyński sprostał zadaniu, słuchało się go z wielką przyjemnością. Jak dla mnie: lektor idealny i chętnie posłucham innych książek czytanych przez tego pana.


Werdykt: A więc, czy nadal kocham Irvinga, jak przed laty, gdy zaczytywałam się w nim na studiach? Nie. Kocham go jeszcze bardziej, bo wydaje mi się, że teraz trochę lepiej go rozumiem 😀

Advertisements

11 thoughts on ““Regulamin tłoczni win” John Irving

  1. pamiętam jak dziś jak kolega mi przyniósł do szpitala jakąś cegłówkę Irvinga i mimo dużej ilości czasu jakoś nie zacząłem, ale mam w planach cały czas.. ale wiadaomo ja te plany.. a fajnie że masz autora do którego lubisz wracać.. 😀

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s