Stanisław Grzesiuk “Pięć lat kacetu”

Do bicia można się przyzwyczaić, tak że nie robi już żadnego wrażenia, a ból przestaje być bólem. Nie mogłem tylko przewidzieć, gdzie, kiedy, od kogo i za co otrzymam uderzenie, które mnie uśmierci – wszystkie inne uderzenia to drobiazg, coś, co było nierozłącznie związane z codziennym życiem. Nieraz ktoś chwalił się, że miał bardzo dobry dzień, bo przez cały dzień oberwał tylko cztery razy kijem.*

Jak przetrwać w obozie koncentracyjnym:

  • “organizować” możliwie każde dodatkowe jedzenie, (ale nie kraść go więźniom);
  • pracować jak najmniej, migać się od roboty, ale tak, żeby żaden kapo nie zauważył;
  • unikać bycia bitym, bo w obozie to łatwa droga do krematorium;
  • pomagać innym;
  • znajdować pozytywy we wszystkim co Cię spotyka (wiem, w takich warunkach nie jest to łatwe, ale jednak możliwe).

Stosując takie zasady Stanisławowi Grzesiukowi udało się przeżyć 3 obozy, zdobyć w nich wielu przyjaciół i wyjść na wolność we względnym zdrowiu (a przynajmniej nie zupełnie wycieńczonym).**


“Pięć lat kacetu” to książką, która bawi przez łzy. Grzesiuk ze swoistym dla siebie humorem podchodzi do spraw wojny i bycia więźniem w niemieckich obozach. Jak sam opowiada, wychował się na Czerniakowie, dzielnicy Warszawy, w której również potrzebne były pewne umiejętności przetrwania. Wykorzystał je potem w życiu obozowym. Sam przyznaje, że był cwaniakiem, nauczył się migać od roboty, miał odwagę postawić się i umiał się bić. Realia obozowe rzecz jasna znacznie różnią się od tych na wolności, nawet ludzie są tu jacyś inni. Ale Grzesiuk twierdzi, że jak ktoś już wcześniej był świnią to i tu nią będzie, a przyzwoici raczej też pozostają tacy jacy byli.

Jeden blokowy, jak chciał zjeść sześć porcji kiełbasy na kolację, to wołał swoich pomocników i palcem pokazywał im sześciu ludzi, których szybko topiono w beczkach, a blokowy miał dobrą kolację.


Co zmienia ludzi to stosunek do jedzenia. Racje żywnościowe są tak znikome, że wielu ryzykuje życie dla dodatkowego kawałka chleba. W obozie są sami ciężko pracujący mężczyźni, a do jedzenia dostają ledwie trochę chleba, cienkiej zupy, kawy i kawalątek sera lub kiełbasy. Każda dodatkowa racja jest na wagę złota. A może powinnam powiedzieć, na wagę życia. Grzesiuk podczas pobytu w obozie wyspecjalizował się w “organizowaniu” dodatkowego jedzenia. Organizowaniu, bo tak się mówiło na sposoby zdobywania dodatkowych niezbędnych do przetrwania kalorii. Pomagali mu w tym przyjaciele, np. Heniek B., który pracował w kuchni i miał dostęp do resztek ze stołu dowódców. Grzesiuk organizował zlewki zupy, obierki od kartofli, skórki od chleba. Nic się nie marnowało wśród więźniów.

Kolację spożywano w ciszy i namaszczeniu. Żadna chyba dewotka w takim skupieniu nie myśli o Bogu, odmawiając modlitwy, jak my o chlebie, który jedliśmy.

Życie obozowe skupiało się wokół dwóch spraw: jedzenia i pracy. Stanisław Grzesiuk wykalkulował sobie, że żeby przeżyć musi pracować jak najmniej, aby tym samym spalać mniejszą ilość kalorii. I tak jest już wiecznie głodny, a przy nadwyżce spalania, wykończy się w bardzo krótkim czasie. Jak wielu innych. Wyszukiwał sobie jak najlżejszą prace, tudzież ciężką, ale taką, gdzie nie było zbyt dużej kontroli. Kiedy tylko kapo, czy inny pilnujący ich zwierzchnik nie patrzył, Grzesiuk nie robił nic. Jego praca polegała wtedy na bacznej obserwacji, czy nie zbliża się ktoś, od kogo mógłby oberwać za nic nie robienie, (tudzież zostać za to zabity, bo i to było częste). Kiedy już ktoś taki pojawiał się na horyzoncie, Grzesiuk przykładał się do roboty, by stwarzać pozory ciężkiej pracy. W momencie, gdy ten się odwracał, znów przestawał pracować. Dzięki temu systemowi więzień miał więcej energii i spalał mniej kalorii, tym samym, jego zapotrzebowanie na pożywienie spadało, a to było bardzo ważne przy tak ogromnych jego brakach.

Grzesiuk nie robił tego tylko dla siebie, pomagał też innym. A jedzeniem dzielił się ze swoim najlepszym przyjacielem po równo. Pokazał tym samym, że nawet w obozie można pozostać przyzwoitym człowiekiem. Tylko tu kosztuje to więcej wysiłku.

O Grzesiuku i jego obozowych wspomnieniach po raz pierwszy usłyszałam wiele lat temu od taty. Tata przeczytał wszystkie trzy tomy (“Pięć lat kacetu”, “Boso, ale w ostrogach”, “Na marginesie życia”) i opowiadał mi o nich wielokrotnie. Zabawne anegdoty utkwiły w mojej pamięci i obiecałam sobie, że jak dorosnę, to sama przeczytam te książki. Tata nawet zdobył z antykwariatu stare, rozlatujące się trochę wydania. Kilka miesięcy temu miałam pakować je do walizki i zabrać ze sobą do Belfastu, ale zabrakło mi miejsca, postanowiłam odłożyć na następny raz. A tu nagle taka niespodzianka od wydawnictwa Prószyński i Spółka: wznowienie, w pięknej okładce, z komentarzem autora, bez skreśleń. Wreszcie i ja przekonałam się jak świetnie napisane są wspomnienia Grzesiuka.

Z humorem, tak. Kto by się spodziewał. W końcu to opowieści wojenne, z obozów, gdzie ludzie masowo umierali, byli głodzeni, wykańczani psychicznie i fizycznie. A jednak Grzesiukowi udało się zachować uśmiech do końca i opowiadać swoje historie z przymrużeniem oka. Chyba to właśnie pomogło mu przetrwać.

We wspomnieniach nie brakuje również przykrych, ciężkich do przełknięcia momentów, choćby to jak traktowano umierających. Jak wycieńczonych, rozbierano do naga i zostawiano na zimnej podłodze w umywalni “na wykończenie”. O tym, jak uśmiercano na milion sposobów, bito, uprzykrzano życie, zmuszano do pracy ponad siły. A jednak, dzięki temu, że przeplatane jest to wszystko zabawnymi anegdotami z obozowego życia, te historie “da się przełknąć” i można czytać całą książkę jednym ciągiem, bez potrzeby przerwy, odetchnięcia od nadmiaru tragedii, które łamią serce. Styl Grzesiuka jest lekki, to urodzony gawędziarz, więc czyta się wspaniale. “Pięć lat kacetu” to książka, która będzie miała u mnie zaszczytne miejsce jednej z najlepszych w tym roku. Bardzo polecam.

New Image

Za możliwość przeczytania książki “Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka. J


*Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka, Prószyński i S-ka 2018

**Grzesiuk wyszedł na wolność z gruźlicą i do końca życia się z nią zmagał, co jest jednak “względnym zdrowiem” w porównaniu z więźniami, którzy byli zupełnie wycieńczeni ciężką pracą i głodem.

Advertisements

One thought on “Stanisław Grzesiuk “Pięć lat kacetu”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s