Carlos Ruiz Zafón „Labirynt duchów”

Powrót do Zafóna, to jak powrót do domu. W jego książkach czuję się swojsko i przytulnie, choć niektóre sceny mogą sprawiać wrażenie mocno niekomfortowych. Wiem, czego się mogę spodziewać po autorze, a jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na pewno będzie kilka niespodzianek. Uwielbiam do niego wracać i, choć zapewne nie jest bez wad, nadal sprawia mi wiele radości.

– A jakież to usługi może świadczyć powieściopisarz w czasach wojny? Moi czytelnicy wcale nie chcą czytać, chcą się nawzajem pozabijać.

– Czy kiedykolwiek zastanawiał się pan nad napisaniem biografii? – zapytał adwokat.

– Nie. Ja zajmuję się wyłącznie fikcją.

– Są tacy, którzy twierdzą, że nie ma gatunku bardziej fikcyjnego niż biografia.

– Z wyjątkiem może autobiografii. – dodał Mataix.


“Labirynt duchów” to czwarta część sagi rodziny Sempere. To najgrubsze, najbardziej pokręcone ze wszystkich tomisko jest zwieńczeniem historii, którą po raz pierwszy przeczytaliśmy w 2005 roku (w Polsce, bo pierwsze wydanie to rok 2001) i w większości oszaleliśmy na jej punkcie. Ja również wpadłam w sidła pióra Carlosa Ruiza Zafóna. Seria “Cmentarz zapomnianych książek” zachwyca pomysłem, skomplikowaną fabułą i oryginalnym stylem pisania. Choć niektórzy mogą zarzucić Zafónowi wydumanie, kwiecistość, czy zbytnie odejście od realizmu, czytelników mu nie brakuję i ja też pozostaję mu wierna.

Będąc niedawno w Polsce przywiozłam sobie wszystkie tomy “Cmentarza…” wraz z ostatnim, sprezentowanym mi przez tatę. Miałam ambitny plan przeczytania znanych mi już opowieści z trzech pierwszych tomów, zanim zabiorę się za najnowszy, jednak zajęłoby mi to bardzo dużo czasu, a pokusa dowiedzenia się, co stało się z bohaterami zbyt duża i od razu zabrałam się za ostatni tom “Labirynt duchów”.

To pokaźne tomiszcze początkowo nieco ostudziło mój entuzjazm. Stało się coś, czego obawiałam się przez cały ten czas oczekiwania na ostatnią część, a mianowicie, wydało mi się przez chwilę, że wyrosłam z Zafona. Stało się to z powodu pseudo coelhonowkim aforyzmów, którymi naszpikowane były pierwsze stronice książki. Nie mogłam uwierzyć, że mój ukochany Zafon mógł mi coś takiego zrobić – zmienić się w Paolo Coelho, którego nie lubię właśnie za ten stek nic nieznaczących bzdur zawartych w jego “uduchowionych” aforyzmach. Coelho kojarzy mi się z treściami dla dorastających panienek, które łatwo złapać na romantyczne teksty i tak zwane mądrości życiowe, które mają w jakiś sposób ukierunkować, a przy okazji, jeśli krótkie, mogą ładnie ozdabiać pamiętniki, zeszyty złotych myśli i temu podobne dziewczyńskie fanaberie, którym, nie ukrywajmy, większość z nasz była winna w przeszłości.

I tu stała się rzecz straszna, bo podobne teksty zauważyłam w “Labiryncie duchów”. Czy to możliwe, że podobne cytaciki można znaleźć w pozostałych powieściach Zafona, a ja ich wcześniej nie zauważyłam? Czy to możliwe, że właśnie wyrosłam z Zafona i te 890 stron to będzie droga przez mękę? Czy nie jest mi wstyd, że polecałam wszystkim tę serię?

Nawet nie wiecie, jak wielki kamień spadł mi z serca, gdy okazało się, że mniej więcej po 100-150 stronach Zafonowi skończył się zestaw “mądrych” cytatów i przystąpił do rzeczy, czyli wciągnął mnie bez reszty w świetną fabułę. Przez moment miałam wrażenie, że A) Zafon zrobił sobie z nas żart; B) autor kolekcjonował te cytaty przez lata, po czym naszpikował nimi początek książki (sprawdzając cierpliwość czytelnika), do momentu, kiedy wyczerpał mu się zapas.


Jeśli wy też macie podobne odczucia na początku tej powieści, proszę, nie zrażajcie się, bo potem może być już tylko lepiej. To, co się dzieje w mrocznej Barcelonie warte jest przejścia przez pierwsze irytujące strony. Spotkanie ze starymi bohaterami jest mega przyjemne, szczególnie z zawadiackim Ferminem, a ku mej uciesze pojawiło się też kilka nowych bardzo ciekawych postaci. Nie można tu ominąć głównej bohaterki “Labiryntu…”, Alicji. Alicja jest piękna! I bardzo groźna. Nie do końca rozgryzłam jej postać, ale też chyba o to chodziło, “Cmentarz zapomnianych książek” skrywa w sobie tyle tajemnic, że i ta mroczna, choć czarująca kobieta też powinna swoją, choć częściowo zachować.

Zafon w “Labiryncie duchów” obiecuje całe mnóstwo zagadek, porwań, pościgów, wstrząsających czytelnikiem scen, ale też miłość, wzruszające spotkania i rozstania, przyjaźń, rodzinę oraz samotność dla kontrastu.

Tej nocy znowu śni mu się córka. Jest małą dziewczynką. Sa w domu w Samosaguas, w ogrodzie. Valls zagaduje się z jednym ze służących i traci Mercedes z oczu. Zaczyna jej szukać, ślady kroków prowadzą do domu lalek. Valls zagłębia się w półmrok i woła córkę. Natrafi na jej ubranie i ślady krwi.

Lalki oblizują się niczym koty – pożarły dziewczynkę.

Powieść tę czytałam cały miesiąc. Początkowo, lekko zniechęcona, musiałam zrobić sobie przerwę, by dojrzeć do tego, że nie ma mowy, nie przepuszczę okazji by dowiedzieć się, co u rodziny Sempere, Fermina i Izaaka. I tak wciągnęłam się na nowo w prozę tego przedziwnego, acz genialnego pisarza i nie żałuję ani trochę.


Advertisements

3 thoughts on “Carlos Ruiz Zafón „Labirynt duchów”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s