“The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society” Mary Ann Shaffer, Anne Barrows

Wielka szkoda, że tradycja pisania listwo zanikła (prawie, tylko nieliczni kultywują). W codziennym pośpiechu nie ma czasu na celebrowanie drobnych przyjemności, zawsze jest coś do zrobienia, zawsze spóźnieni. To już lepiej wysłać smsa.

Mary Ann Shaffer pisała całe swoje życie – twierdzi Anne Burrows, jej siostrzenica – ale nigdy nie skończyła żadnej książki. Poza tą właśnie “The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society” (polski tytuł: “Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”), choć i to nie do końca… Cała historia zaczęła się od tego, że Mary Ann z niewiadomych dokładnie powodów postanowiła wyjechać. Uciekła na Guernsey, z powodu gęstej mgły spędziła tam 36 godzin na lotnisku i wróciła, nie zobaczywszy nawet skrawka wyspy. Ale wyprawa nie była tak całkiem zmarnowana, gdyż Mary Ann spędziła trochę czasu w małej księgarni na lotnisku, skąd dowiedziała się wiele o historii Guernsey, a przede wszystkim o jej okupacji. Z wyspy wyjechała z niemal gotową opowieścią. Niestety, wkrótce później zachorowała. O skończenie książki poprosiła swoją siostrzenicę Anne Burrows, również pisarkę, ale książek dla dzieci. I tak, dzięki tym dwóm wspaniałym kobietom powstała cudowna powieść “The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society”.


Juliet Ashton, główna bohaterka powieści również jest pisarką. W czasie drugiej wojny światowej pisała głownie artykuły do gazet, a teraz, choć w roku 1946 czuje się złamana tym, co przeżył świat, szuka pomysłu na nową książkę. Niespodziewanie pomysł przywędrował do niej sam, w postaci listu od nieznanego jej mężczyzny. Dawsey Adams, bo tak miał na imię, przypadkiem trafił na książkę z adresem Juliet wypisanym na obwolucie. Ponieważ jest to jego ulubiona książka (Charles Lamb, jakby ktoś był ciekawy), pomyślał, że osoba o podobnym guście czytelniczym będzie w stanie mu pomóc. Postanowił spróbować i napisał do Juliet z prośbą o wskazanie adresu księgarni w Londynie, w której mógłby się zaopatrzyć w kilka innych książek. Juliet, jako osoba uczynna oraz wielbicielka książek nie wahała się ani chwili żeby pomoc bratniej duszy, odnalazła dla niego kilka egzemplarzy, rzuciła garścią rad i opinii, podała adres księgarni i… zadała kilka pytań. Tak zaczęła się najbardziej niezwykła korespondencja powieściowa, jaka czytałam. Do wymiany listów dołączają się kolejno inni mieszkańcy wyspy opowiadając swoją wersję powstania Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek zdradzając przy tym bardzo wiele o sobie i sąsiadach.

Nie mogę Wam powiedzieć jak powstało Stowarzyszenie, ani co się stało potem, bo strasznie, strasznie chciałabym żebyście tę książkę przeczytali. To jednocześnie zabawna i wzruszająca opowieść, z barwnymi, choć przecież zwyczajnymi bohaterami. Autorki powieści dopracowały listy do tego stopnia, że śmiało przy każdym z nich można wyobrazić sobie charakter danej osoby. Poza Juliet, której humor i wrażliwość mocno mnie ujęły, bardzo spodobali mi się Sydney, wydawca pisarki, oraz Isola, jedna z mieszkanek Guernsey. To książka trochę romantyczna, trochę humorystyczna, ale przede wszystkim dla tych, co kochają literaturę i uwielbiają czytać o wszystkim z nią związanym.

I, drodzy czytacze-zjadacze. Tak, do Ciebie mówię, Kitchen Literary! Nie próbujcie zrobić kartoflanego placka z tej książki, podobno jest okropny, szkoda ziemniaków 😉

https://www.youtube.com/watch?v=HTDNGv61-Dk

A kiedy już przeczytacie książkę zapraszam na seans filmu na jej podstawie (na Netflixie juz w sierpniu). Tylko proszę, nie obrażajcie się na film, zaakceptujcie, że pewne rzeczy musiały zostać zmienione. Albo nawet nie musiały, tylko wizja reżysera była nieco inna.

Mimo, że obejrzałam film zanim przeczytałam książkę (BTW, czytałam ją uchem, bo w wersji audio), wiedziałam, w których momentach coś zostało zmienione. A to dlatego, że do kina wybrałam się z dwiema czytaczkami Magdą i Patrycją, które siedziały po obu moich stronach. Jedna z nich przeczytała książkę wcześniej, druga nie. Z prawej miałam Patrycję, która przeczytała i co jakiś czas słyszałam jej westchnienia – nawet nie musiała nic mówić, to niechybnie indykator, że coś w filmie jest nie tak, lub nie do końca zgadza się z książką. Bardzo zabawne doświadczenie, bo tu role się odwróciły. Zazwyczaj to ja jestem tą, co wzdycha w odpowiednich momentach. Tylko, że ja idę jeszcze dalej, komentując głośno, że tak wcale nie było w książce oraz przedstawiając ze szczegółami wersję powieściową. Mąż, z którym najczęściej oglądam filmy, raczej nie uwielbia tych momentów, bardziej je akceptuje.

A moje porównanie? Niech zostanie skomentowane jednym zdaniem, żeby nie robić spilerów: Książka była lepsza 😀


Przyznam się Wam do czegoś: nie lubię powieści epistolarnych. Nie dlatego, że bywają nudne, ale dlatego, że jako osoba dobrze wychowana i przestrzegająca pewnych (nie wszystkich) zasad kulturalnych, nie czytuję cudzych listów. Jestem osobą ciekawską, ale nie wścibską. Uważam, że należy zachować absolutną dyskrecję, jeśli chodzi o rzeczy pisane i to się tyczy zarówno pamiętników, listów, czy zwykłych zapisków. Byłabym wielce rozczarowana, jeśli odkryłabym, że ktoś zajrzał w moje papiery, (a teraz również pliki na komputerze) bez mojej wiedzy i wyraźnego pozwolenia, dlatego też nigdy nie robię tego innym. Czytanie cudzych listów w książce przyprawia mnie o pewną nieśmiałość i wierci dziurę pytaniem: czy to wypada? Czy zarówno adresat, jaki i nadawca życzyliby sobie pokazać światu swoje najskrytsze myśli, które przeznaczone były tylko dla tej jednej osoby – tej, do której pisały. Wtedy muszę sobie przypominać, że to tylko fikcja, listy stworzone przez autora na potrzeby książki, są adresowane właśnie do mnie, bo jako czytelnik, niezaprzeczalnie jestem adresatem tej korespondencji.

Jednak, gdy już przychodzi do biografii, listów pisanych przez pisarzy, malarzy, polityków, a opublikowane w książce, nawet jeśli zarówno odbiorca, jak i adresat dawno nie żyją, uważam, że to barbarzyństwo tak wchodzić z buciorami w najintymniejsze zakamarki człowieka – jego myśli, którymi prawdopodobnie nie chciał się z nami dzielić. To zbyt osobiste, nie lubię czytać cudzych listów i bardzo rzadko udaje się mnie skłonić do przeczytania jakiejś publikacji ma tej kanwie (choć uczciwie przyznam, że się zdarza).

Oczywiście, “Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society” to fikcja, więc czuję się zupełnie “rozgrzeszona” 😉

Advertisements

12 thoughts on ““The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society” Mary Ann Shaffer, Anne Barrows

      1. Raczej cięzko by mi to przyszło. Zawsze sie waham przy takich publikacjach i musi być coś, co mocno mnie zachęci, żeby sie przemóc.
        Przykład: nie miałam wielkich objekcji przy biografii Beksińskiego, bo on robił wszystko na pokaz i wszelkie jego zapiski mialy miano show. Autor wręcz chciał, żeby go czytano, oglądano.

        Like

  1. Zaintrygowałaś mnie. Przeczytam chętnie a i placek też wykonam, nawet jeżeli ma być niedobry. Nie mogę przecież robić tylko smacznych rzeczy 😉

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s