J.K. Rowling “Fantastic Beasts: The Crimes of Grindewald”

Kiedy człowiek ma już duuużo lat, to trochę mu głupio bawić się w fandom filmowo-książkowy. Ale co ja poradzę, że tak lubię ten czarodziejski świat.

Na pierwszy film z cyklu Fantastic Beasts and Where To Find Them   poszłam z mężem. Mąż oczywiście wie, kto to Harry Potter i chętnie poszedł na film, kiedy powiedziałam mu, o co chodzi. Podobało mu się. Nie żałował. Ale rzecz jasna, to nie był ten sam zachwyt, co w moim przypadku. Przeczytałam scenariusz, by uzupełnić pewne informacje, które umknęły mi w trakcie seansu, ale nie miałam, z kim o tym porozmawiać, bo oczywiście zainteresowanie tematem u męża skończyło się w momencie wyjścia z kina. Zresztą, ja nie potrzebuję słuchacza, tylko dyskutanta.

Przy drugiej części było już inaczej, bo zdążyłam poznać ludzi mających podobnego świra na punkcie książek jak ja. W tym, fanów Harrego Pottera, o niebo większych ode mnie. Nie dość, że miałam teraz z kim porozmawiać na ten temat, to jeszcze z kim pójść do kina i omawiać go, porównując ze scenariuszem.

Do kina wybrałam się 14 listopada (oficjalna premiera w UK 16.11) na podwójny seans, czyli oglądaliśmy jeden po drugim, najpierw Fantastic Beasts and Where to Find Them, a zaraz potem przedpremierowy Fantastic Beasts: The Crimes of Grindewald.


J.K. Rowling podziwiam za niesamowitą wyobraźnię. Bo stworzyć taki świat, jaki jej się udało to nie lada wyczyn. To kreacja, w którą autorka musiała włożyć ogrom pracy, ale co jest przy tym najważniejsze: widać, że sama czerpie z tego radość. Cykl o fantastycznych zwierzętach musiał być wyjątkowo trudny, jednak ja wyobrażam sobie, że autorka miała przy tym sporo zabawy. W mojej wizji cała rodzina pomagała jej dopracowywać szczegóły fizjonomii i charakteru poszczególnych zwierząt, a kiedy każdy dodał coś od siebie, powstała menażeria nie z tego świata. Macie jakieś swoje ulubione? Mnie w tej części zachwycił glonowaty koń wodny Kelpie. I oczywiście Picket to słodziak, choć obrażalski.

Newt Scamander, mimo, że jest dorosły, to nadal ma w sobie urok nieśmiałego chłopca. Ale chłopiec o wielkim sercu, który swoje życie poświęca ochronie magicznych zwierząt. Dla niego nie ma stworzenia wystarczająco niebezpiecznego, by mógł pozwolić je zabić. Przeciwstawia się prawu zabijania jakiejkolwiek żyjącej istoty, uważa, że w każdym można znaleźć coś dobrego lub użytecznego (np. robiąc eliksiry z jadu śmiertelnie niebezpiecznego owada). W Londynie, w którym obecnie mieszka, w piwnicy prowadzi szpital dla potrzebujących zwierząt. Zna się na nich wyśmienicie, ale wciąż je studiuje, wciąż mu mało. To one są dla niego kluczem do poznania świata i nic nie daje mu większej radości niż praca z nimi.

Kiedy jednak okazuje się, że Tina, aurorka, która Newt poznał w Nowym Yorku (w poprzedniej części) może być w niebezpieczeństwie, zostawia wszystko pod opieka Bunty, swojej asystentki i rusza w celu odnalezienia dziewczyny oraz jeszcze kogoś, na kim bardzo mu zależy…

Towarzyszy mu Jacob Kowalski. Ten sympatyczny osobnik podbił moje serce jak tylko pojawił się w pierwszej części. Jego dobre serce i prostolinijność wyróżniają go w świecie cyników i karierowiczów. Marzeniem Jacoba było mieć swoja małą piekarnię i to mu się udało. Teraz jeszcze tylko musi odnaleźć ukochaną Queenie, żeby dopełnić szczęścia.

Razem wyruszają do Paryża w bardzo niebezpieczną przygodę.

IMG_20181118_110749

Choć film bardzo mi się podobał, w mojej opinii druga część nie była tak wspaniała jak pierwsza. Pierwsza zachwycała nowością. Pojawiły się tam zupełnie nowe postacie oraz niby ten sam magiczny świat, co w Harrym Potterze, ale prawie wiek wcześniej i w Ameryce, czyli na trochę innych zasadach. Wiele oczekiwałam w kwestii magicznych stworzeń, ciekawa byłam, w jaki sposób je pokażą, oraz które z wymienionych w podręczniku pojawią się na ekranie. Dostałam więcej niż się spodziewałam, prawie dostałam oczopląsu z zachwytu. Fajnym aspektem było pojawienie się Jacoba, jako postać niemagiczna, a jednak w jakiś sposób pasującą do świata czarodziejów.

W drugiej części trudniej jest zaskoczyć czytelnika/widza. Na pewno nadal zachwycały zwierzęta i sposób, w jaki Newt organizuje im świat w małej, za to bardzo rozciągliwej walizce. Zmieniła się też sceneria, bo akcja toczyła się w Londynie oraz Paryżu. Bardzo interesujący był wątek Dumbledora. Właściwie młody Dumbledor to moja ukochana postać. Trochę bałam się tej kreacji, ale Jude Law absolutnie podołał wyzwaniu. Rozczarowała mnie za to Nagini. Nie jako postać, tylko raczej brak jej rozwinięcia. Trailer zapowiadał wyjaśnienie, a tak naprawdę w filmie nie było wiele więcej niż w samej zapowiedzi, która wszyscy już widzieli, więc poczułam się odrobinę oszukana. Mam nadzieję, że w kolejnych filmach będzie miała bardziej znaczące role, bo to postać z dużym potencjałem, szkoda by go było zmarnować.

W tej części mamy rozwinięcie postaci tajemniczej Lety Lastrange, której zdjęcie, jako cenna pamiątka Newta, widzimy w pierwszym filmie. Ta wredna mała ślizgówka, choć piękna, nie przypadła mi do gustu i jakoś nie było mi jej żal, kiedy zdradzała szczegóły swojego życia, ani późniejszych jej losów.


Podobał mi się za to Grindewald. Wiem, że to okropny typ, ale sam fakt, że kiedyś łączyło go coś z poczciwym Dumbledorem sprawia, że mam do niego okruch sympatii. Oraz przez to, że gra go Johnny Depp, do którego też mam lekką słabość. Grindewald nie jawi się, jako taki bezwzględnie zły do szpiku kości czarny charakter, jak to było w przypadku Voldemorta. Ma swoje lepsze i gorsze strony (przeważają te gorsze) i choć oczywiście, ja zawsze jestem team Dumbledor, to nie potrafię skreślić Grindewalda zupełnie, jako tego drania bez skrupułów. I mam nadzieję, że jeszcze nas czymś pozytywnym kiedyś zaskoczy. Nienawidzić jest łatwo, kiedy wszystko jest jednoznaczne. J.K. Rowling tym razem nie ułatwia zadania.

Jeśli chodzi o scenariusz, to znów zachwyt na tym, jak pięknie został wydany przez Little, Brown i zilustrowany przez MinaLima. Okładka, detale – cudo. Jednak ponownie uważam, że już w środku mogliby się trochę powstrzymać z ozdobnikami. Generalnie chodzi mi o ramkę, która jest zupełnie niepotrzebna według mnie (tudzież zbyt bogata). Na szczęście, rozpraszała mnie tylko na początku czytania, potem się do niej przyzwyczaiłam i zwyczajnie ignorowałam. Miło było przeczytać scenariusz tuż po filmie, skonfrontować wiedzę i uzupełnić ją o nazwy stworzeń oraz imiona bohaterów (do tych nigdy nie mam pamięci).

A jakie są Wasze wrażenia z seansu? Kupiliście scenariusz, czy uważacie, że to zbytek?

Advertisements

5 thoughts on “J.K. Rowling “Fantastic Beasts: The Crimes of Grindewald”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s