Katarzyna Boni “Ganbare! Warsztaty umierania”

Nie pamiętam już, dlaczego tak bardzo chciałam przeczytać tę książkę. Przecież ja się nawet nie interesuje Japonią, nigdy nie kręciły mnie azjatyckie klimaty, nie śledziłam literatury tematycznej. Lubię jednak reportaże. Z każdego krańca świata. Kilka lat temu kupiłam “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. W moim odczuciu, właśnie przyszedł jej czas.

Ta książka jest absolutnie fascynująca! Zaskoczyła mnie w wielu miejscach. Przedstawia japońskie spojrzenie na świat, spojrzenie w pewien sposób zniekształcone traumą, żałobą, bólem, strachem. Wiele aspektów może się wydać dziwacznych, lub niepokojących, bo takie… inne. Ale inne, nie znaczy, że złe, nieprawidłowe. Japonia to kraj, który przetrwał ataki bomby atomowej, liczne trzęsienia ziemi i tsunami, wybuch reaktora w Fukushimie. Kraj, który doświadczył niewyobrażalnego bólu po stracie wszystkiego. Musieli wypracować własne sposoby, jak sobie z nimi radzić.


“Pierwsza fala była najsilniejsza. Z hałasem odbiła się od wzgórz otaczających równinę, na której stała Rikuzentakata. Fala, która idzie od morza, nie jest taka straszna, można się utrzymać na powierzchni. Ale kiedy wraca, ma zasysającą moc. Wszystko w niej wiruje.

Druga fala była najwyższa. To ona zabrała ludzi z dachów. Niektórzy przeżyli – wspięli się na kominy. Pracownicy ratusza – 126 osób – stali na dachu budynku po kostki w wodzie. Jeszcze dwa metry i też zabrałoby ich morze.

Fal było dziesięć, a może piętnaście. Kto by je liczył. Ludzie mówili, że w oddali woda przetaczała się tak, że chwilami widać było dno morza. Za pierwszym razem to sama woda – brudna, szara, spieniona. Ale każda kolejna fala pełna jest samochodów, fragmentów domów, telewizorów, stołów, krzeseł, kuchenek, skrzynek pocztowych, wanien, latarni, potłuczonych porcelanowych kubeczków, pluszowych foteli, czajników, szczotek do włosów i albumów pełnych zdjęć.

Ściana wody z tego, co przed chwilą było miastem.

Z trupami ryb, psów i ludzi.”*

Japończycy są dobrze przygotowani na wypadek trzęsienia ziemi i tsunami, ale żadne, absolutnie żadne, choćby nawet najlepsze, najbardziej precyzyjne zabezpieczenie się na takie ewentualności nie przygotuje człowieka na śmierć bliskich i utratę wszystkiego, co w życiu posiadał.

Kiedy tsunami odchodzi, zabiera ze sobą każdą, choćby najmniejsza cząstkę Twojego życia. Zabiera twoich bliskich: rodziców, dzieci, żonę, męża. Weźmie twojego kota, psa, chomika. Nie oszczędzi Twojego domu. Jak pójdzie dach i okna, to reszta też się nie utrzyma. Zabierze samochód, podwórko. Pochłonie Twoich przyjaciół, sąsiadów, przydrożny sklep, szkołę, miejsce pracy.

Nie pomogą falochrony i budowanie na wzgórzu, jeśli fala ma 20 metrów.

Nie położysz się już w swoim łóżku, nie przeczytasz książki ze swojej biblioteczki. Nie utulisz dziecka do snu, nie pomożesz mu w lekcjach. Nie zrobisz kolacji we własnej kuchni, nie pojedziesz do pracy. Nie porozmawiasz sąsiadką zza płotu, nie wypielisz ogródka, nie pójdziesz z psem na spacer. Nie ma już nic. Jest tylko błoto i szczątki. Ludzkie i te ze zniszczonych przedmiotów.

Jeśli masz “szczęście” i przeżyłeś, pomogą ci w ośrodku ewakuacyjnym. Szukanie rodziny i przyjaciół może sprawić więcej bólu niż pożytku. Ale każdy potrzebuje “closure”. To może potrwać lata.

Możesz zacząć życie od nowa. Na początek w blaszaku. 30 metrów kwadratowych na kuchnię, dwa pokoje i łazienkę. Przez ścianę słychać wszystko: rozmowy sąsiadów, spuszczanie wody, trzeszczenie lóżka. Tak jakbyście wszyscy mieszkali razem. Zimą nie da się dotknąć ścian z zimna, latem można się udusić z gorąca, więc wszyscy wychodzą na zewnątrz. Kiedy już zawiążesz jakieś przyjacielskie kontakty z sąsiadami, albo Ty, albo oni się wyprowadzą. Przecież to tylko tymczasowy kontener.

Kiedy czytałam o blaszakach, na myśl przyszła mi sytuacja, w jakiej aktualnie się znajdujemy – pandemia koronawirusa. I śmiać mi się chce z ludzi, którzy tak bardzo narzekają, że nie mogą zrobić tego, czy tamtego, że siedzą w domu, że musza czekać w kolejce do sklepu. Ale masz swój dom. Masz własne łóżko, psa, komputer, rodzinę. Możesz wyjść do tego sklepu i kupic to, czego potrzebujesz, choć chwilę postoisz na zewnątrz, zanim zrobisz upragnione zakupy. Oni sklepu już nie mają, porwało je tsunami. Kiedy my bawimy się w “wyślij zdjęcie z dzieciństwa” na fejsbuku, oni ze szczątków przedmiotów i podartych zdjęć próbują odtworzyć wspomnienia, nadać życiu kształt.

Zbyt patetycznie? Cóż, ta książka zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie i pozwoliła spojrzeć z innej perspektywy.

Ale “Ganbare! Warsztaty umierania” to nie tylko książka o tym, jakie spustoszenie potrafi zrobić tsunami. Spora część poświęcona jest miedzy innymi wybuchom w elektrowni atomowej w Fukushimie. Katarzyna Boni z dużą dokładnością wytropiła, co wydarzyło się pamiętnego dnia 2011 roku, wyjaśniła, dlaczego i prześledziła konsekwencje tego wydarzenia. Odwiedziła opuszczona wioskę, Tamiokę, zamieszkałą tylko przez jednego człowieka. Naoto Matsumara odmówił ewakuacji, kiedy okazało się, że skażenie jest zbyt wysokie, żeby tam mieszkać. Bo kto zająłby się zwierzętami? Naoto chodził od bramy do bramy i karmił psy, koty. Nie wszystkie dał radę uratować. Nie był w stanie, szczególnie, jeśli chodzi o zwierzęta hodowlane. Mieszkał sam, nie miał prądu, gazu, używał tylko jednego pokoju. Codziennie robił obchód, karmił zwierzaki. Bohater, czy głupiec?

A mnie zastanawia skąd brał jedzenie, czym je karmił, jak dowoził? Nie znalazłam wyjaśnienia w książce, może to przeoczyłam?

Dużym zaskoczeniem był dla mnie rozdział na temat pogrzebów. W Japonii jest to bardzo rozwinięty dział, gdzie można nie tylko sporządzić testament, ale też ze szczegółami zaplanować własny pogrzeb, żeby inni nie musieli się już o to martwić. Można wybrać strój, makijaż, urnę, trumnę. Można dobrać muzykę, miejsce pochowku, kwiaty, a nawet “przymierzyć” się do trumny, sprawdzić, jak to jest, czy będzie nam w niej “wygodnie”. Czytając ten rozdział, coraz bardziej otwierałam oczy ze zdumienia. Ale… właściwie, dlaczego nie? Czy to nie miałoby więcej sensu?

Oswajanie śmierci. Przecież każdego nas to kiedyś czeka, więc może lepiej być na nią przygotowanym?

“Ci, którzy już zaplanowali własną śmierć, mówią, że czują się spokojniejsi. Teraz naprawdę mogą cieszyć się życiem.”*

Niektórzy idą nawet o krok dalej, organizują  lub uczestniczą w warsztatach umierania. Ale o tym już musicie sami przeczytać, nie mogę zdradzić wszystkiego. Bardzo, bardzo polecam. Ostrzegam jednak, że to nie jest lekka lektura, będzie się Wam po niej ciężko spało. Ale naprawdę warto poświęcić kilka nocy spokojnego snu.

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni, Agora 2016

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s